Świętochłowice. Sprawa 42-letniej dziś Mirelli wstrząsnęła całą Polską. Zniknęła światu z oczu jako 15-latka, w końcówce 1997 roku. Sąsiedzi usłyszeli, że „zaginęła”, inni – że „wróciła do biologicznych rodziców”. Przez ponad ćwierć wieku nikt nie widział dziewczyny. Wydawało się, że zapadła się pod ziemię. Dopiero teraz wyszło na jaw, że przez te wszystkie lata Mirella mieszkała… za ścianą. W tym samym mieszkaniu, w którym dorastała, razem z rodzicami. Ukryta przed światem, jakby przestała istnieć.
Zniknięcie nastolatki
Był koniec lat 90. Mirella właśnie skończyła podstawówkę i dostała się do liceum. Z relacji sąsiadów wynika, że była uśmiechniętą, towarzyską, zdolną uczennicą. Nic nie zapowiadało tragedii.
— Mirelka była bardzo ładną, spokojną dziewczynką. Jej mama kiedyś pytała mnie o korepetycje z matematyki dla niej. To była normalna, porządna rodzina — wspomina Urszula Knapczyk (83 l.), sąsiadka z bloku przy jednej z głównych ulic Świętochłowic.
Nagle jednak, pod koniec 1997 roku, dziewczyna zniknęła. Rodzice tłumaczyli wszystkim, że ich córka zaginęła. Wypisali ją ze szkoły, a z czasem zaczęli zmieniać wersje wydarzeń. Jednym mówili, że została porwana, innym – że „wróciła do biologicznych rodziców”. Nikt nie widział ciała, nikt nie złożył oficjalnego zawiadomienia o przestępstwie. Z biegiem lat sąsiedzi przestali pytać.
Prawda po 27 latach
29 lipca tego roku, po blisko trzech dekadach ciszy, do bloku przyjechało pogotowie i policja. Akcja ratunkowa ściągnęła na korytarz wszystkich mieszkańców.
— Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ciarki mam na skórze do tej pory. To był szok. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wtedy dowiedziałam się, że Mirelka cały ten czas mieszkała tutaj, w tym samym mieszkaniu, za ścianą — mówi pani Urszula.
Mirella została zabrana do szpitala. Wcześniej, jak wynika z relacji świadków, miała przebywać w jednym, maleńkim pokoju, w którym spędziła większość swojego życia. Nie miała dowodu osobistego, nie była nigdzie zarejestrowana, nie korzystała z żadnej opieki medycznej. Dla urzędów i instytucji publicznych po prostu nie istniała.
Wstrząsająca rozmowa w szpitalu
Pani Urszula odwiedziła Mirellę w szpitalu. Opowiada, że kobieta była wyniszczona, miała czarne, sine nogi.
— Powiedziała mi: „Uratował mnie sąsiad, inaczej bym stamtąd nie wyszła”. Mówiła też, że mama ciągle ją straszyła, że jeśli ktoś ją zobaczy, to będą się śmiać. Zahukała ją, zastraszyła, że musi siedzieć w domu — wspomina sąsiadka.
Z relacji świadków wynika, że ojciec Mirelli odwiedzał ją w szpitalu, natomiast matka nie pojawiła się ani razu. To jeszcze bardziej wzmogło podejrzenia, że to właśnie rodzice mogli mieć związek z wieloletnim ukrywaniem córki.
Normalna rodzina?
Wszyscy, którzy znali tę rodzinę, powtarzają: nic nie zapowiadało tragedii. Matka Mirelli pracowała w chorzowskiej palarni kawy, ojciec był mechanikiem w katowickich zakładach komunikacyjnych. Mieli znajomych, bywali na działkach, prowadzili zwyczajne życie.
— Oni normalnie chodzili do pracy, przyjmowali gości. Nie wiem, jak to możliwe, że Mirelka przez tyle lat nie wołała o pomoc. Czy podawano jej coś, co ją uspokajało? Czy może uwierzyła w to, co mówili rodzice? Pytań jest mnóstwo — mówi pani Urszula.
Niektórzy sąsiedzi dodają, że nie przypominają sobie, by matka Mirelli była w ciąży. To rodzi kolejne wątpliwości — czy historia o adopcji, którą rodzina kiedyś opowiadała, nie była w istocie próbą ukrycia prawdy o pochodzeniu dziewczyny?
Śledztwo i pytania bez odpowiedzi
Sprawą zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Chorzowie. Śledczy badają kilka wątków — od ewentualnego znęcania się fizycznego i psychicznego, po możliwe pozbawienie wolności.
Mirella w rozmowie z funkcjonariuszami miała twierdzić, że „nikt jej nie przetrzymywał”. Nie potrafiła jednak logicznie wytłumaczyć, dlaczego przez 27 lat nie wychodziła z mieszkania, nie miała kontaktu ze światem, nie leczyła się ani nie kontaktowała z żadną instytucją.
Śledczy przyznają, że sprawa jest wyjątkowo złożona. Kobieta spędziła aż 66 dni w szpitalu, po czym została objęta opieką społeczną. Ponieważ nie miała ubezpieczenia, koszty leczenia pokrywa lokalny Ośrodek Pomocy Społecznej.
Jak to było możliwe?
To pytanie zadaje sobie dziś cała Polska. Jak w centrum miasta, w budynku pełnym ludzi, mogło dojść do sytuacji, w której młoda dziewczyna przez 27 lat żyła jak cień?
Czy była ofiarą przemocy psychicznej? Czy rodzice wykorzystywali poczucie wstydu i strachu, by utrzymać ją w ukryciu? A może zadziałał mechanizm zależności emocjonalnej, który skutecznie odebrał jej wolność, choć formalnie drzwi nigdy nie były zamknięte?
Na te pytania odpowiedzieć mają biegli psychiatrzy, psychologowie i prokuratura. Pewne jest jedno — historia Mirelli to jedna z najbardziej wstrząsających i niewyjaśnionych spraw ostatnich lat.
Cisza po latach
Dziś sąsiedzi nadal nie potrafią otrząsnąć się z szoku.
— Gdy pomyślę, że przez te wszystkie lata była tuż obok, za ścianą, to przechodzą mnie dreszcze — mówi pani Urszula.
W bloku wciąż słychać szepty i rozmowy. Nikt nie rozumie, jak to mogło się wydarzyć.
Śledztwo trwa. Prokuratura nie ujawnia szczegółów ze względu na dobro pokrzywdzonej. Mirella – po raz pierwszy od 27 lat – ma szansę żyć naprawdę.











































