Matka odebrała dziecko z domu dziecka. Kilka godzin później noworodek nie żył

0
2

Wiesława P. miała 37 lat, gdy w jednym z warszawskich szpitali urodziła chłopca. Jeszcze tego samego dnia wypisała się na własne żądanie, pozostawiając noworodka pod opieką personelu medycznego. Lekarze byli zaskoczeni jej zachowaniem. Kobieta oświadczyła, że nie chce dziecka i nie jest w stanie wychowywać kolejnego potomka.

Aby możliwe było uruchomienie procedur opiekuńczych, konieczne było złożenie formalnego oświadczenia. Wiesława P. podpisała dokumenty o zrzeczeniu się praw rodzicielskich oraz zgodzie na adopcję dziecka. Jednocześnie poprosiła o umieszczenie chłopca w placówce opiekuńczej. Przed opuszczeniem szpitala nadała synowi imię Paweł.

W trakcie późniejszego śledztwa ustalono, że kobieta tłumaczyła swoją decyzję trudną sytuacją materialną oraz problemami w domu rodzinnym. Miała mówić lekarzom o przemocy ze strony męża i teściów oraz o braku możliwości utrzymania kolejnego dziecka. Wcześniej żadna z instytucji nie odnotowała jednak zgłoszeń dotyczących przemocy w rodzinie.

Noworodek trafił do domu dziecka w Otwocku pod Warszawą. Według relacji pracowników placówki był zdrowym dzieckiem i rozwijał się prawidłowo. Przez sześć tygodni przebywał pod opieką personelu ośrodka. Po 42 dniach Wiesława P. ponownie pojawiła się w placówce i oznajmiła, że chce odzyskać syna. Zapewniała, że zmieniła decyzję i zamierza samodzielnie wychować chłopca.

Okoliczności przekazania dziecka biologicznej matce do dziś budzą pytania. Nie wiadomo dokładnie, jakie procedury zastosowano ani czy przeprowadzono dodatkową ocenę sytuacji rodzinnej kobiety. Pewne jest natomiast, że po opuszczeniu placówki z dzieckiem Wiesława P. nigdy nie wróciła z nim do domu, prawdopodobnie udusiła go reklamówką i zakopała niedaleko miejsca zamieszkania.

W 2006 roku Wiesława P. ponownie zaszła w ciążę. Poród rozpoczął się podczas jej pobytu w Warszawie, w drodze do pracy. Kobieta trafiła do tego samego szpitala, w którym wcześniej urodziła Pawełka. Tym razem na świat przyszła dziewczynka – Oliwia.

Po porodzie Wiesława ponownie wypisała się ze szpitala na własne żądanie, jednak w przeciwieństwie do wcześniejszej sytuacji nie podpisała dokumentów adopcyjnych. Noworodka uznano za dziecko porzucone i umieszczono w domu dziecka, do którego wcześniej trafił Pawełek. Kobieta nigdy nie odwiedziła córki ani nie próbowała jej odzyskać.

Podczas późniejszych przesłuchań przyznała policji, że obawiała się, iż mogłaby skrzywdzić Oliwię tak samo, jak wcześniej swojego syna.

Przez dwa lata los Pawła pozostawał tajemnicą. Jak ustalono podczas procesu, nikt ze służb społecznych nie przeprowadził kontroli po odzyskaniu dziecka przez matkę. Zaskakujące były także zeznania członków rodziny kobiety. Mąż oraz teściowie twierdzili, że nie wiedzieli o ciąży ani narodzinach dziecka. Podobne relacje składali mieszkańcy miejscowości, w której mieszkała Wiesława P. Według świadków kobieta miała ukrywać ciążę, nosząc luźne ubrania i unikając rozmów na ten temat.

Sprawa wyszła na jaw dopiero po dwóch latach – przypadkowo. Śledczy ustalili później, że chłopiec został zamordowany krótko po odebraniu z placówki opiekuńczej. Ciała dziecka nigdy nie odnaleziono.

Proces Wiesławy P. stał się jedną z najbardziej wstrząsających spraw kryminalnych tamtych lat i wywołał debatę na temat skuteczności systemu ochrony dzieci oraz nadzoru instytucji odpowiedzialnych za pomoc rodzinie.

Udusiła synka, bo miała za dużo dzieci. Potworna zbrodnia na Mazowszu

Najpierw decyzja zapadła bowiem w maju 2008 roku. Wtedy Sąd Okręgowy w Siedlcach uznał Wiesławę P. za winną zabójstwa syna i skazał ją na dwanaście lat pozbawienia wolności. Obrońca kobiety złożył odwołanie, a sąd apelacyjny w Lublinie uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. 22 czerwca 2012 roku Sąd Okręgowy w Siedlcach znowu uznał Wiesławę za winną, lecz zmniejszył wymiar kary. Kobieta została finalnie skazana na 10 lat więzienia. Dziś jest już na wolności.